Był piękny, sierpniowy dzień. Słońce pięknie świeciło, wiaterek wiał, na termometrze 23°C. Mój mężczyzna był umówiony na przegląd. Przegląd nie byle jaki, bo przedzakupowo-przedsprzedażowy. Serwis po znajomości drugiej strony. Mazda wjechała pierwsza. Mechanicznie dopieszczona. Mój mężczyzna dbał o nią, wymieniał na czas, nie zapuścił, przeglądy robił, ma wszystkie papiery itd. Co więcej - prowadzi notesik, w którym zapisuje kiedy dana rzecz była wymieniana, kiedy tankowana... Jedyna wada to blachy, które niestety jak na tą markę są nie najlepszej jakości. Po tym jak zeszła z kanału jakiś pseudomechanik (notabene kolega drugiej strony, autorki całego zamieszania) powiedział, że Mazda się kompletnie Jego koleżance nie opłaca. Bo teraz ma lepsze auto itp, itd, że Mazda szrot i inne takie.
Co ciekawe drugiego auta (informacja nie do końca istotna jednak mogę przyznać, że był to jeden z przedstawicieli "kotowatych") nawet na kanał nie wzięli, bo "zamiana jest dla Ani nie opłacalna" (imię zmieniono celowo).
Z taką małą różnicą, że...kotowaty miał problemy z zawieszeniem. Stukało, pukało, szurało. Cholera wie czy byłby to wydatek rzędu kilku stów na amortyzatory czy wymiana całych półosi, gdzie już by to brzmiało kilka tysięcy (zwłaszcza, że ma napęd na cztery łapy). Ponadto kotowaty miał też problemy z automatyczną skrzynią (wolno chodziła). Albo olej, albo znowu cholera wie co. Tak czy inaczej możliwe, że pożarłoby kolejne kilka tysi. Urwany kot na masce, pogubione dekielki na felgach, brak zimówek, pęknięta siatka przy głośniku, rozbity odblask na zderzaku, nie zawsze działający reflektor...generalnie auto zapuszczone. Ale jak sama użytkowniczka cały czas podkreślała, że ona "tylko jeździ, ona się nie zna".
Na początku byłam zła. Jak można wycenić zadbane i doinwestowane auto na 12 tysięcy, a zaniedbanego kota starszego o 4 lata określić jako coś co jest warte co najmniej dwa razy tyle? Owszem, za markę trzeba płacić. Ale trzeba też znać wartość nie tylko samej marki, ale realne ceny i to ile jeszcze w to auto trzeba włożyć. Jednak...może i wyświadczyli nam przysługę? Może ta zamiana nie tyle byłaby nieopłacalna dla Ani, a dla nas?
Co nie zmienia faktu, że istotą całego posta miało być nie tyle co wylewanie żali i próba podbudowania ego ile przestroga.
Popełniliśmy błąd zgadzając się na mechanika po znajomości drugiej strony. Trzeba było bezstronnego serwisu, który zrobiłby to rzetelnie, a nie po znajomości. Cholera wie co jeszcze w kocie jest do zrobienia. I ile koleżanka Ania będzie musiała włożyć w niego kasy. Ale to już nie nasz problem. :)